Nie wiem jak to się stało, ale w końcu zaczęliśmy się spotykać. Spotykać na zasadzie, że jesteśmy razem. Zawsze o tym marzyłam. Tego pragnęłam w głębi serca najbardziej na świecie. Marzenie w końcu się spełniło. Po długim czasie oczekiwania, zwykłej przyjaźni oboje uzmysłowiliśmy sobie, że nie możemy bez siebie żyć. Bez naszych rozmów, naszej obecności. Że nie ma drugiej takiej osoby, która tak dobrze by nas rozumiała, przy której nie musieliśmy udawać.
Spotykaliśmy się już jakiś czas i lubiliśmy kochać się w różnych dziwnych miejscach. Było zawsze przy tym tyle zabawy. I ta adrenalina, że ktoś nas zobaczy. Zwykła sypialnia zostawała na te noce, kiedy nocowaliśmy u moich lub jego rodziców. Pewnego letniego popołudnia nie mieliśmy co robić, więc wsiedliśmy do mojego pikaczento i pojechaliśmy się przejechać. Koniec końców wylądowaliśmy na dworcu kolejowym. Jak zwykle naszła nas ochota na drobne igraszki. Odwzorowaliśmy scenę z jednego z polskich seriali komediowych (bodajże “Chłopaki nie płaczą”), w którym facet brutalnie bierze dziewczynę od tyłu na masce samochodu. W tej roli wystąpił wtedy Michał Milowicz. Miałam na sobie getry i mini. Po chwili getrów już nie miałam, a Paweł siłował się z gumką. Nie zajęło mu to dużo czasu i moment później już czułam jak we mnie wnika. Bez gry wstępnej. A po co. Gra wstępna była w samochodzie, kiedy ja prowadziłam, a on całował mnie po szyi, schodząc coraz niżej, a moja ręka, zamiast na dźwignię zmiany biegów, wędrowała od zewnętrznej strony jego kolan ku strefie, do której tylko ja miałam dostęp od jakiegoś, dłuższego już czasu. To wystarczyło. Było cudownie.
Kiedy oboje już ochłonęliśmy, postanowiliśmy się jeszcze trochę pobawić. Jako, że od dłuższego czasu nie mieliśmy okazji odwiedzić tutejszego dworca, spędziliśmy tam trochę czasu. Chodziliśmy po ruinach dawnego dworca. Tam gdzie dawniej były kasy biletowe, teraz rósł sobie krzaczek z takimi ciemnymi owocami, podobnymi do jagód. Nie ryzykowaliśmy i nie próbowaliśmy zjeść tych owoców.
Stał tam też pociąg. Kilka wagonów. Pięć, może sześć. Nie zwracaliśmy na to uwagi. Stał tak dosyć długo, a do ostatniego wagonu były przyczepione schodki, po których można było wejść na jego dach. A skoro tak lubiliśmy zabawy, postanowiliśmy wejść na dach jednego z wagonów pociągu i tam się kochać. Jakie było nasze zaskoczenie, kiedy w momencie, gdy On wdrapał się już na samą górę, pociąg ruszył. Ja zostałam na ziemi.
W pierwszej chwili mnie wmurowało i nie wiedziałam co zrobić. Pociąg dopiero nabierał prędkości, więc dość szybko zorientowałam się co się dzieje i zaczęłam biec. Chciałam wyprzedzić pociąg i przekazać jakoś maszyniście, żeby zatrzymał pociąg. On leżał bezładnie na dachu. Niestety nie udało mi się to co miałam w planach i rozpędzona już maszyna dość szybko zniknęła za zakrętem.
Zostałam sama na peronie nie wiedząc co robić. Łzy płynęły mi ciurkiem po policzkach. Próbowałam coś krzyczeć, ale nic to nie dało. Wsiadłam szybko do mojego pikaczento i ile fabryka dała pędziłam do najbliższej stacji, jednak kiedy tam dotarłam zobaczyłam, tylko, że pociąg pojechał dalej. Pośpieszny. Zrobiłam to samo. Jeśli ktoś twierdził, że takim samochodem nie da się zamknąć licznika to muszę go wyprowadzić z błędu, bo grubo się mylił. Dojechałam do Piotrkowa. O dziwo, udało mi się dotrzeć na dworzec przed pociągiem. Nie zamknąwszy nawet samochodu, pobiegłam do budki informacyjnej… krzyknęłam, że ten pociąg musi się tutaj zatrzymać, po czym wybiegłam szybko na tory. Za mną wybiegło dwóch jakichś facetów. Jeden był ubrany w mundur, ale raczej nie był policjantem. Próbowali ściągnąć mnie z torów. Jednak ja w całej swojej desperacja, pozwoliłam się tylko przesunąć o metr czy dwa, po czym ich podrapałam i dali mi spokój. Miałam wrażenie, że mijają godziny. Lecz po chwili moim oczom ukazały się światła pociągu. Widziałam już, że zwalnia. Poczułam, że adrenalina, której poziom był już krytycznie wysoki, odpływa gdzieś.
Maszyna zatrzymała się około 10 metrów przede mną. Zeszłam na bok. Po chwili dołączył do mnie trzęsący się jeszcze On. Przytulił się i staliśmy tam tak jeszcze dobrych kilka minut. Ludzie dziwnie się na nas patrzyli, ale kto by zwracał na to uwagę. Nadal przytuleni ruszyliśmy do mojego samochodu. Do naszego samochodu. Wróciliśmy do domu. To popołudnie i ten wieczór długo będziemy pamiętać. I już nigdy nie będziemy próbować wejść na dach pociągu. Jeśli w ogóle jeszcze kiedyś do takiego się któreś z nas zbliży. ;)